Wiktoriański Londyn jest terroryzowany przez tajemniczego mordercę kobiet. Z każdą nocą pozostawia po sobie krwawe żniwo. Nikt nie może go powstrzymać. Jaka jest jego przeszłość i co nim kieruje? Czy policja coś wskóra? Odpowiedź znajdziecie, zagłębiając się w krwawy świat "Perfekcji"
Welcome again.
Chcę wam zaprezentować moją kolejną miniaturę, nazwaną "Perfekcja".
Na początku chciałem, opierając się o materiały dostępne na internecie, sporządzić zwykły opis zbrodni, dokonanych przez Kubę Rozpruwacza, ale jak to w życiu bywa, mój projekt ewoluował w nieco inną stronę. Z pierwotnego pomysłu pozostały tylko opisy zbrodni, oparte na prawdziwych oraz sam Londyn i jego pewne realia. Resztę, włącznie z imionami ofiar przebudowałem, dodając do tego motywy działania Rozpruwacza, wymyślone zupełnie przeze mnie. To tyle, gwoli wyjasnienia.
Tekst będę dodawać w częściach, bo cały się niestety nie mieści.
Uwaga, jest krwawy i psychodeliczny.
Liczę na komentarze
PERFEKCJA
autor: creep
1.
Londyn, 1888 r.
Lato zaczęło chylić się ku końcowi wyjątkowo szybko, aura gorąca i słońca powoli odchodziła w niepamięć. Drzewa przyozdobiły się w złoto, czerwień i pomarańcz; wysoko w powietrzu można było ujrzeć pojedyncze klucze ptaków, ulatujące ku dalekim krajom. Na londyńskich straganach sprzedawcy oferowali najlepsze, późne renety, jabłka, będące przysmakiem nawet na stołach najwyższych lordów.
Noc ostatniego dnia sierpnia była jednak nadzwyczaj ciepła i sucha, toteż nawet o takiej późnej porze w Whitechapel kwitło życie, trudno się zresztą temu dziwić, skoro ta dzielnica skupiała całą ‘śmietankę’ Londynu – od najlepszych, ekskluzywnych wręcz kurtyzan, poprzez różne zorganizowane gangi, aż po zwykłych oprychów i pijaczków – każdy, kto był z prawem na bakier, mógł czuć się tutaj, jak u siebie w domu. Bawiące się towarzystwo wypełniało domy publiczne i wszystkie, nawet najobskurniejsze meliny; mało kto jednak wychodził na ciemną ulicę, w obawie o swoje bezpieczeństwo.
On był wyjątkiem. Szedł pewnie - doskonale wiedział, dokąd zmierza. Wysoki, dobrze zbudowany, w sile wieku. Zimne, ciemne oczy nieruchomo spoglądały w nicość. Twarz miał dosyć pociągłą, z głębokimi bruzdami na czole, brodę i policzki pokrywał kilkudniowy zarost. Ubrany był w rozpięty płaszcz, pod którym skrywał się zielonkawy, lekko już wypłowiały frak; do nóg przylegały mu dopasowane spodnie, jakby uszyte na miarę. Na głowie nosił melonik, nieznacznie przekrzywiony na bok; spod niego wysypywały się gęste, ciemnobrązowe włosy, nietknięte jeszcze siwizną. Tempo jego kroków wyznaczał równomierny stukot obcasów eleganckich butów. W ręku dzierżył laskę, zakończoną u nasady mosiężną kulką. Mężczyznę dobiegł gwar, oznaczało to, że w końcu dotarł na miejsce.
Zatrzymał się przed jednym z burdeli. Niewielki, obdrapany budynek odrzucał wyglądem; zza brudnych i częściowo zasłoniętych okien wypadały przytłumione promienie światła. Postanowił poczekać, zaczaił się w małej, wąskiej uliczce nieopodal. Stał tak dobrych piętnaście minut, jednak żaden klient ani pracownica domu publicznego nie wyszli na zewnątrz. Nie zniechęciło go to, godzina była wszakże jeszcze młoda. Ruszył dalej, uważnie rozglądając się po okolicy. W oddali zobaczył drgające światło lampy ulicznej, dostrzegł też dwa niewyraźne kształty, stojące obok niej.
Podszedł bliżej i usłyszał strzęp rozmowy:
- Na pewno nie chcesz wrócić do domu, Holly? – głos kobiety był stanowczy i głośny.
- Nie, mam parę spraw do załatwienia – padła odpowiedź. Holly była bardzo wyraźnie podchmielona. – Dobranoc, Ellen.
Holly odwróciła się i lekko zataczając ruszyła przed siebie, wchodząc w uliczkę Buck’s Row. Jej koleżanka obrała zupełnie przeciwny kierunek, po chwili niknąc w mroku.
Bez zastanowienia podążył za Holly, przyspieszył kroku. W ciągu kilku sekund zrównał się z kobietą. Nie zwróciła na niego uwagi, być może nie zorientowała się, że ma towarzysza. Bezwiednie zacisnął rękę na końcu laski, u jej podstawy. Mosiężna kulka błysnęła w powietrzu, po czym z głuchym uderzeniem rąbnęła kobietę w kark. Ta osunęła się na ziemię, ogłuszona. Mężczyzna doskoczył do niej, wyjmując zza pazuchy długi nóż. Uniósł go i błyskawicznym ruchem poderżnął jej gardło. Krew trysnęła, ochlapując mu ręce i brocząc ostrze; nie przejął się tym, wraził jego koniec w brzuch Polly, rozcinając go, do samego mostka. Obrócił nóż, tak aby jego szerokość rozwarła ranę, ukazując wnętrzności. Zwieńczył dzieło, nacinając jej pachwiny w kilku miejscach.
Czując euforię spoglądał chwilę nieruchomo na jej ciało, kontemplując swoje dzieło. Jego serce biło szybko, myśli miał radosne, jak nowo narodzony człowiek. Tę akurat zabił dla przyjemności. Nie miała nic do zaoferowania, co mógłby jej zabrać. Opamiętał się naraz, przeszedł nad zwłokami Holly i szybko zniknął w plątaninie uliczek Londynu.
*
Nad Whitechapel powoli wstawało blade słońce, powietrze było zimne i rześkie, wiał lekki, jesienny wiatr. W tej szarówce wielu ludzi zmierzało już do pracy, era postępującej rewolucji przemysłowej miała to do siebie. George Hall nie był wyjątkiem - młody, dwudziestoletni chłopak śpieszył do fabryki. Jak zawsze przemierzał tę dzielnicę skrótami, nie inaczej było tego dnia. Nagle, w nikłym świetle odległej latarni ujrzał… ciało. Krew i żółć podeszła mu do gardła, ręce i nogi odmówiły posłuszeństwa, niczym obrócone w kamień. Przemógł jednak strach i podszedł bliżej. Z trudem powstrzymał wymioty, od zapachu płynów żołądkowych w jego oczach zakręciły się łzy. Zwłoki należały do kobiety w średnim wieku. Nie namyślając się długo, George pędem pobiegł na posterunek policji
*
Budynek komisariatu zbudowany był z brudnej, czerwonej cegły, miejscami pokruszonej i wytartej; niektóre okna chowały się za grubymi i metalowymi, lecz zardzewiałymi już trochę kratami. Przed wejściem panowało wielkie poruszenie, wokół dwóch konstabli, niosących ciało na improwizowanych noszach kłębiło się pełno ludzi. Każdy chciał zobaczyć ofiarę. Donośny głos policjantów torował jednak drogę.
Inspektor Barry Grames, słysząc zgiełk z ulicy, podszedł do okiennicy, ujrzał gapiów. Westchnął. Był już wcześniej poinformowany o morderstwie i to na jego polecenie przyniesiono zwłoki do posterunku, lecz, prawdę mówiąc, nie spodziewał się, że ta cała sytuacja zyska taki rozgłos. Bądź, co bądź morderstwa w Londynie nie były przecież czymś nowym.
Grames wyglądał jak jeden z typowych anglików; czarne, gęste włosy idealnie współgrały z błękitnymi oczyma, długo hodowany zarost dodawał mu powagi. Ubrany był zwyczajnie, tj. w koszulę i marynarkę, na której przypiął odznakę inspektora. Spodnie miał proste, bez zbędnych ozdobników. Przy wejściu, na wieszaku, wisiał jego bordowy płaszcz.
Drzwi się otworzyły, a konstable wnieśli ciało do środka. Barry skinął głową na nich i skierował ich do sali medycznej komisariatu. Położyli truchło na stole. Doktor już tam czekał.
Grames wezwał swojego pomocnika, podinspektora Williama Brucksa, aby protokołował całą sekcję zwłok.
- William, notuj – polecił podinspektorowi. – Protokół z sekcji zwłok Olivii Nocker, zwanej również Holly. Została znaleziona przez pracownika fabryki, George’a Halla, około trzeciej czterdzieści nad ranem. Zamieszkiwała Whitechapel, dokładniejszy adres jeszcze nie jest znany. Była prostytutką, jedną z tych biedniejszych.
Urwał i zwrócił się do doktora.
- Panie Horks, prosimy.
Doktor zbliżył się do stołu, podniósł koc, którym przykryte było ciało. Naciągnął na ręce białe, płócienne rękawiczki, usta zabezpieczył maską chirurgiczną i jął badać zwłoki. Dokładnie obejrzał głowę ofiary, szczególną uwagę zwracając na potylicę; metalowymi szczypczykami rozsunął poderżnięte gardło , podobnie jak rozcięty brzuch. Dokładnie zlustrował wszystkie pomniejsze rany i obrażenia; oglądał zwłoki kawałek po kawałku. Wreszcie odsunął się, odsłonił twarz, odchrząknął i rzekł:
- Zgon prawdopodobnie nastąpił w wyniku utraty krwi z rozciętej aorty, zanim jednak to nastąpiło ofiara została ogłuszona silnym uderzeniem w tył głowy. Otarcia na rękach i kolanach wskazują, że upadła na bruk. Cięcia są czyste, morderca miał bardzo ostry nóż. Podczas rozpruwania brzucha kobieta musiała być już martwa, podobnie jak podczas podcinania pachwiny, bo już pierwszy cios był zabójczy. Morderca celowo ją okaleczył. Nie stwierdziłem natomiast żadnych ubytków z jej ciała, z wyjątkiem wiadomych skrawków tkanki. To wszystko, co mogę stwierdzić.
Grames spojrzał na Willa i spytał go, czy zanotował słowa doktora, a gdy ten potwierdził skinięciem głowy, inspektor przykrył zwłoki Holly, po czym zawołał wynajętego fotografa, który zrobił zdjęcie twarzy ofiary. Nowoczesne zasady protokołowania wymagały dołączonej fotografii.
Wszyscy trzej opuścili salę medyczną; inspektor i doktor udali się do biura Gramesa, Wiliam natomiast poszedł wysłuchać sprawozdania, z przesłuchania mieszkańców okolicy Buck’s Row.
- Tragiczna sprawa – rzucił Horks.
- Wiem – odparł ciężko Barry, spoglądając na doktora. – Mam nadzieję, że to pierwszy i ostatni taki przypadek.
- Nie sądzę, to może być jakiś maniak, zabijający dla przyjemności. On jeszcze uderzy, zobaczy pan.
Do biura wszedł William, z lekkim niepokojem na twarzy.
- Nikt nic nie widział, ani nie słyszał. Hall jedynie znalazł zwłoki, nic więcej. Nie było żadnych krzyków, szamotaniny. Ani jednej poszlaki.
- Wygląda na to, że musimy czekać – złowieszczo powiedział Barry.
*
Mężczyzna wszedł do swojego mieszkania na strychu, które wynajmował w kamienicy, przy Dorset Street. Panował w nim półmrok, zza zasłoniętego okna sączyły się wąskie promienie światła. Po prawej stronie drzwi stało metalowe, szpitalne łóżko; na środku pokoju znajdował się stół, leżała na nim dosyć gruba, stara książka w skórzanej, brązowej oprawie. Przy okiennicy stała duża, drewniana szafa, z mnóstwem dziur, przeżartych przez korniki. Po lewej stronie od wejścia przylegało do ściany wielkie lustro z bogato zdobioną ramą. W izbie czuć było okropny smród, jakby rozkładającego się ciała.
Mężczyzna odetchnął głęboko, przesłonił ręką oczy i podszedł do okna. Złapał za zasłonę i szybko ją zaciągnął. Pokój ogarnął mrok. Uspokojony, podszedł do szafy, do której odwiesił płaszcz; swój frak swobodnie rozpiął. Zbliżył się do lustra. Unikając swojego odbicia, złapał za ramę. Zaparł się nogami w podłogę i wytężając siły kawałek po kawałku przesuwał zwierciadło. Odsłoniło ono dosyć wąski otwór. Gdy tylko je odsunął, fetor odczuwalny w izbie spotęgował się. Mężczyzna wyraźnie rozkoszował się tym zapachem. Z wypiekami na twarzy wszedł do ukrytego pokoju.
Stał tam kolejny stolik, tym razem szeroki, operacyjny. Leżało na nim ciało kobiety, a raczej jego resztki. Było pozbawione ono nóg oraz głowy, rozcięty brzuch wionął pustką, małe piersi zapadły się głęboko. Na rękach niektóre płaty mięsa zaczęły powoli gnić i odpadać. Obok stołu znajdowała się szafka z przyrządami medycznymi, takimi jak skalpel czy szczypce do rozwierania ran. Można było dostrzec połyskujące igły, na podłodze walał się duży kłębek dratwy.
Mężczyzna podszedł do ciała, dotknął go. Po jego policzkach zaczęły płynąć łzy. Doskonale wiedział, czyje to zwłoki. Obrazy z przeszłości stanęły mu przed oczyma. W jednej chwili przypomniał sobie, jak doszło do śmierci jego żony.
Mieszkali razem w tym samym pokoju. Nie byli szczęśliwym małżeństwem. Jego żona, Grace, była zmuszona do prostytucji, gdyż on sam nie miał stałej pracy od dwóch lat, po tym, jak wylali go ze szkoły, gdzie nauczał. Tydzień temu, wieczorem, pijany wrócił do domu. Jego żona także nie była trzeźwa, zwykle odurzała się alkoholem przed swoją pracą. Od wejścia zaczęła wrzeszczeć na niego.
- Masz, kurwa, pieniądze? – krzyczała, posyłając krople śliny w około.
- Nie mam, zainwestowałem – odpowiedział, wyjmując spod pachy przedmiot, owinięty w brązowy papier. – Kupiłem książkę.
- Kupiłeś jebaną książkę? Zupełnie cię popierdoliło? Nie mamy co żreć, a tutaj, wielki uczony, kupuje sobie dzieła jakieś – Grace powoli wychodziła z siebie. – Nie mogę uwierzyć, że wyszłam za takie zero, jesteś nieudacznikiem. I dziwakiem.
- Zamknij mordę, szmato! – wrzasnął. – Ja przynajmniej nie kurwię się z kim popadnie.
Przegiął strunę. Grace podbiegła do niego i chlasnęła go dłonią w policzek. Poczuł jak jej długie, nieobcięte paznokcie orają mu skórę. Obudziło się w nim coś, co kazało mu ją zniszczyć. Wiedział już czemu nienawidzi kobiet. Pamiętał swoją matkę, też dziwkę, przepijającą wszystkie pieniądze, pamiętał siostrę, która pod nieobecność rodzicielki obmacywała go i molestowała, okaleczała jego przyrodzenie. Nienawidził je za to, że nie były idealne. Przekrzywił głowę i świecącymi oczyma spojrzał na Grace. Wiedział co chce zrobić, planował to od dawna. Jego wzrok nie umknął żonie, która najwyraźniej się zmieszała.
Podszedł do stołu, podniósł nóż. Po raz pierwszy zobaczył strach w oczach Grace. Nie wzruszyło go to. Z chirurgiczną precyzją uderzył, wbijając ostrze w jej gardło aż po rękojeść. Usłyszał chrzęst miażdżonej tchawicy, kiedy przekręcał broń. Kilkoma ruchami przeciął gardło na całej długości. Grace stała w bezruchu, jej głowa groteskowo odchyliła się do tyłu, bryzgając na wszystkie strony krwią. Ciało zaczęło upadać, jednak złapał ją za suknię i uderzył drugi raz, w odchyloną szyję. Głowa odskoczyła i z głośnym stukotem uderzyła w ziemię. Spojrzał na nią. Twarz jego żony była pobladła, oczy były szeroko otwarte, a jasne, zwykle czyste włosy miała posklejane krwią. Delikatnie położył Grace na ziemi, złapał ją za ręce i zaczął ciągnąć do drugiej izby, gdzie stał jego stół chirurgiczny, który zabrał po tym, jak wylali go ze szkoły. Na podłodze czerwieniła się smuga szkarłatnej krwi. Mężczyzna położył zwłoki na stole, zerwał z niej suknię. Musiał teraz sprawdzić, co w Grace było idealne.
Spojrzał na swoją żonę. Jedynie tułów mu się spodobał, nogi jego zdaniem były niepotrzebne. Z wnętrza szafy wyciągnął piłę. Jedną ręką schwycił udo, przystawił narzędzie do skóry. Bryznęła jucha.
Gdy nogi Grace bezpiecznie wylądowały w płóciennym, grubym worku, podobnie jak jej głowa, jednym pociągnięciem skalpela otworzył jej brzuch. Chciał się pozbyć jej wnętrza, które było przesiąknięte złem, przeżarte złogami alkoholu. Nie chciał nieczułego serca. Wszystko wrzucił do wora. Zawiązał go i zarzucił sobie na ramię. Postanowił wybrać się na spacer. Nad Tamizę.
Wyrwał się nagle ze wspomnień. Przypomniał sobie, że dziś w nocy ma robotę do wykonania. Wyciągnął z szafki piłę, a następnie złożył pocałunek na rozkładającym się ramieniu.
- Już niedługo będziesz idealna. Doprowadzę cię do perfekcji – szepnął i wyszedł z ukrytego pokoju.
Przesunął lustro z powrotem na otwór, po czym podszedł do stołu. Otworzył gruby wolumin na założonej uprzednio stronie, zerknął na pożółkłe karty. ‘ Cyganki nie kłamią’ – pomyślał. Widocznie znalazł to, czego szukał, bo zadowolony położył się na łóżku. Musiał się troszkę przespać. Czekały go przecież łowy.
*
Ponownie zagłębił się w plątaninę ciemnych uliczek Whitechapel. Ubrany był jak poprzednio, z tym że teraz piła ukryta pod połami płaszcza uwierała go w pierś, zahaczając ostrymi ząbkami. Nie przejmował się tym, ból sprawiał mu przyjemność Kieszeń miał wypchaną zwiniętym workiem. Niestety, w okolicy nie znalazł żadnej kobiety, która mogła mu posłużyć do stworzenia niewiasty idealnej, więc zwiększył obszar poszukiwań. Noc była zimna, chłodny wiatr świszczał, złowieszczo podwiewając liście do góry. Ulice były bardziej puste, niż zazwyczaj, jednak od czasu do czasu mijał grupki ludzi, głównie mężczyzn. Od czasu do czasu widział też czekające na klientów prostytutki, jednak żadna nie przypadła mu do gustu.
Spacerował tak dwie godziny, czuł już zrezygnowanie i złość, gdy nagle wmurowało go. Ujrzał anioła, piękną niewiastę odzianą w białą, czystą suknię. Nie wierzył własnym oczom, zamrugał i podszedł. Będąc bliżej zobaczył, że to kolejna kurtyzana, jednak o idealnej, białej twarzy, pełnych ustach i pięknych, ciemnych oczach. Bardzo zmysłowo podciągała jedną krawędź sukni, odsłaniając długą, zgrabną nogę. To ją chciał mieć, wiedział, że lepszej nie znajdzie.
Podszedł do niej i skinął głową, błyskając w ręce monetą. Prostytutka zaśmiała się dwuznacznie, schwyciła go za rękę i poprowadziła. Weszli do kamienicy, potem po schodach na dół, do pokoju w piwnicy. Było tam tylko łóżko. Mężczyzna włożył jedną rękę do kieszeni, schwycił rękojeść noża. Zanim jednak zdążył zrobić z niego użytek, dziwka nachyliła się ku niemu. Poczuł jej oddech na twarzy, wionął alkoholem. Jej usta zbliżały się do niego, mała i delikatna dłoń wodziła po jego plecach. Ostry zapach wódki rozwścieczył go. Wiedział, że nie będzie mógł jej całej wykorzystać, splugawiła się bimbrem. Wyciągnął nóż i wbił go głęboko w jej brzuch. Sapiąc, zaczął ją dźgać. Zadał jej kilka ciosów, upadła bez życia na ziemię.
Dysząc ciężko rozpiął płaszcz, wyciągnął piłę oraz worek. Siląc się na spokój rozebrał prostytutkę. Nie przyglądając się za bardzo nagiemu ciału przystąpił do pracy. Po kilku cięciach głowa odpadła, włożył ją do worka. Następnie zabrał się za nogi. Jego oczy zaszły szaleństwem; widział tylko głęboką czerwień. Po dziesięciu minutach wszystko było gotowe. Podniósł worek ostrożnie, uważając, żeby nie poplamić sobie ubrań krwią. Przeszedł obojętnie ponad krwawiącym truchłem i wyszedł na zewnątrz.
Do swojego domu szedł okrężnymi, małymi uliczkami, bacznie rozglądając się za patrolami policji. Dziś miał szczęście. Spieszył się jednak, bo wiedział, że nie ma dużo czasu. Gdy wszedł do swojego mieszkania poczuł się bezpieczny. Bezceremonialnie rzucił worek na podłogę, po czym dokładnie zaryglował drzwi. Drżąc z euforii przesunął lustro i ciągnąc zdobycz za sobą, wstąpił do cuchnącego pomieszczenia.
- Już jestem, kochanie – zaśmiał się opętańczo. – Mam dla ciebie nóżki i piękną, nową główkę.
Wyjął kawałki ciała z worka i zaczął je dopasowywać do zwłok swojej żony. Co prawda Grace miała nieco inny, ciemniejszy odcień skóry, niż zabita dziś prostytutka, ale kto by się tym przejmował. Jego maleństwo będzie wkrótce perfekcyjne. W końcu udało mu się odpowiednio przyłożyć nogi i głowę do korpusu swojej małżonki.
- Pięknie wyglądasz – jego głos wyraźnie drżał. – Teraz wystarczy tylko troszkę pozszywać i będziesz nie do poznania.
Złapał grubą, dużą igłę. Z ziemi podniósł dratwę, nawlekł. Był gotowy. Spokojnie i precyzyjnie zaczął nakłuwać ciało Grace i łącząc je najpierw z kończynami, a potem głową prostytutki. Praca ta była o tyle trudna, że momentami zgniłe już zwłoki rozpadały mu się w rękach, ale nie ustępował. Po godzinie skończył. Z szerokim uśmiechem szaleńca na twarzy spojrzał na swoje dzieło. Kobieta wyglądała jak koszmarna parodia człowieka. ‘ Jest idealna’ – pomyślał. Przemył szwy spirytusem, po czym umył sobie ręce. Czuł, jak dopada go zmęczenie, musiał się położyć. Zanim to jednak zrobił, podszedł do Grace, nachylił się nad jej nową głową i pocałował ją w zimne usta. Rozgarnął kosmyk jej włosów i powiedział:
- Już niedługo, kochanie.
Wyszedł z pokoju, dokładnie go zamknął. W drodze do łóżka spojrzał znów do książki. Uśmiechnął się ponownie. Do skompletowania zostały mu jeszcze tylko 3 rzeczy: wnętrzności, serce i… macica.
*
Grames wszedł do piwnicy w asyście Brucksa. Za nimi podążał doktor, stukając laską o podłogę. Na ulicy wezwani policjanci pilnowali cisnącego się tłumu gapiów. Kolejne zagadkowe morderstwo.
W pomieszczeniu unosił się zapach krwi. Barry zmrużył oczy, które dostosowały się po chwili do panującego półmroku. Zobaczył beznogi i bezgłowy korpus kobiety, leżący w kałuży krwi. Brzuch miała podziurawiony.
- Ktoś wyraźnie wpadł w szał – szepnął Grames, zbliżając się do ciała. Dotknął je jednym palcem, po czym gestem wezwał do siebie doktora. – Wydaje mi się, że jeszcze nie uległo całkowitemu stężeniu, tak?
Horks również sprawdził dotykiem zwłoki, po czym kiwnął głową, przytakując i rzekł:
- Dokładnie. Zgon nastąpił niedawno, może trzy, cztery godziny temu – Doktor bacznym spojrzeniem oglądał resztę ciała, szczególnie dokładnie badając sterczące kikuty nóg oraz szyję. – Umarła na pewno przez ciosy w brzuch. Kończyny zostały bez wątpienia odpiłowane, kość udowa jest równo przecięta. Głowa też. Ktoś sobie to zaplanował.
- Wiemy przecież kto – wtrącił Grames. – Obrażenia podobne jak na ciele Holly. Nie możemy wykluczyć tego samego sprawcy. Brucks, masz już jakieś informacje o ofierze?
- Jeszcze nie, sir, mieszkała tu nielegalnie. Jestem pewien natomiast, że była prostytutką. Motyw się powtarza.
Grames spojrzał na podinspektora z wyrazem uznania na twarzy. ‘ Uczy się chłopak’ – pomyślał, a głośno rzekł:
- Nieźle, Wiliam. Panowie, wracajmy na posterunek.
Z wyraźną ulgą wyszli na świeże, rześkie powietrze. Barry polecił dwóm policjantom na przetransportowanie zwłok do sali medycznej, zaś sam z towarzyszami udał się na komisariat, do swojego biura. Jak wczoraj, zasiedli na krzesłach, jednak zamiast rozmawiać, myśleli w milczeniu. Jedynie Brucks cicho skrzypiał piórem po papierze, spisując protokół z oględzin zwłok. Gdy skończył, Grames ocknął się i powiedział:
- Zbierzmy wszystkie fakty. Dwa morderstwa w ciągu dwóch dni. W obu przypadkach ofiarami są prostytutki, tanie prostytutki. Obrażenia bardzo podobne, zadawane tymi samymi narzędziami. Morderca jest na pewno ten sam, niestety nie mamy żadnych podejrzeń co do konkretnej osoby, gdyż do żadnej zbrodni nie ma świadków. Brucks, spisałeś to wszystko?
- Tak, sir.
Barry ponownie otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale do izby wpadł konstabl i szybko rzekł:
- Panie Grames, przyszedł rybak znad Tamizy, mówi, że wyłowił dziwny pakunek z rzeki.
- Gdzie on jest? – natychmiast spytał Grames.
- Czeka w sali medycznej.
Cała trójka szybko przeszła do drugiego pomieszczenia. Na stole leżały zwłoki z piwnicy, obok drzwi stał natomiast brudny, obdarty mężczyzna, trzymający w ręku zzieleniały, cuchnący płócienny worek.
- Panie władzo, takie żem okropieństwo niedawno wyłowił – powiedział, pokazując bezzębną szczękę. Rzucił worek na stół, otworzył go i wysypał zawartość. Grames poczuł jak się zbiera mu na wymioty, słyszał też odgłosy, jakie wydawał Brucks, który pluł i kaszlał treścią żołądka. Jedynie lekarz był niewzruszony, choć nic w tym dziwnego, widział dużo gorsze rzeczy, wraz z ludźmi umarłymi na trąd.
Pomieszczenie powoli ogarniał fetor rozkładającej się zgnilizny. W worku znajdowały się części ciała. Nogi i głowa, lekko już zzieleniałe i bardzo miękkie. Były to części ciała kobiety; jeden z jej oczodołów zionął pustką, wyżarty przez ryby rzeczne.
- Brucks, idź i daj rybakowi funta na zachętę – rzucił Grames.
Jego pomocnik z ulgą poszedł wykonać polecenie, zabierając ze sobą mężczyznę. W sali zostali jedynie Barry i Horks.
Doktor założył maskę i rękawiczki, wziął szczypce i jął oglądać szczątki. Nie zajęło mu to dużo czasu, do badania było przecież niewiele.
- Trudno dokładnie stwierdzić, kiedy doszło do morderstwa, ręce i głowa są w zaawansowanym stadium rozkładu, spotęgowanym dodatkowo przez wodę. Stawiam jednak na czas około tygodnia temu. Mogę też stwierdzić, że głowa została oderżnięta, nożem, nogi natomiast piłą.
Spojrzeli po sobie.
- Wyjaśnijmy sobie to: dziś w piwnicy znajdujemy ciało bez dolnych kończyn i głowy, odcięte precyzyjnie, ostrym brzeszczotem. Potem, znienacka dostarczone są nam tygodniowe szczątki kobiety, te brakujące dzisiejszej ofierze. Ponadto, nogi odcięte tym samym narzędziem. Ale co z głową… – urwał i zaczął myśleć.
- I gdzie jest reszta ciała? – dodał doktor.
Grames był pochmurny. W tej chwili nie mógł do niczego dojść. Zerknął na fotografa, ten zrobił zdjęcia obu ofiarom.
- Pochowajcie te szczątki w jednym grobie, jako jedno ciało –powiedział do policjantów.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum