Creep - pozwól, że zarezerwuję sobie miejsce po tobie. Dawno nie napisałem żadnego konkretniejszego opowiadania, a chciałbym się trochę rozruszać. Początek tego tekstu będzie całkiem niezłym "miejscem" aby to zrobić
Tak więc ja się pytam: od kiedy karabin jest instrumentem? No chyba, że miałeś na myśli karabin z pudełka
No, instrument nie musi koniecznie oznaczać instrumentu muzycznego. Np. w przeszłości instrument było bardzo iniwersalnym słowem i określano nim cokolwiek co służyło do czegoś (np. instrument do mierzenia tętna).
A przez ten tekst o zabijaniu skojarzyło mi się z nieśmiertelnym karabinem w futerale, który tak często pojawia się w starych filmach o gangsterach.
Tak w ogóle, to nie mam już brody.
Ostatnio zmieniony przez Inq 2010-01-07, 20:44, w całości zmieniany 1 raz
Sorry za takie opóźnienie, ale net mi padł również. RoBhaal - nie ma sprawy
Kroki były jak crescendo. Powoli, majestatycznie rozbrzmiewały w pustym korytarzu. Półnuta, półnuta, półnuta, półnuta, pauza. Zobaczyłem cień pod drzwiami. Półnuta, półnuta, pauza. Słuchacz wszedł. Miał zmasakrowaną twarz, oczy obłąkanego. Nosił na sobie resztki czegoś, co kiedyś było ubraniem. Wpatrywaliśmy się w siebie.
- Co się tak kurwa gapisz,a? - zapytał nagle. - Sam nie lepiej wyglądasz.
Milczałem. Słuchacz, widząc że nie doczeka się mojej reakcji rzekł:
- Słyszałem, że robisz jako chłopiec na posyłki u tego starego capa,a? Do reszty cię pojebało? Patrzcie państwo, chłoptaś chce być lepszy od innych. Co to, to nie, kurwa!
Nadal milczałem. W mojej głowie rozbrzmiewała Sonata A-Dur Schuberta, po cóż miałem ją przerywać i marnować czas na rozmowę z nim.
Podszedł bliżej. Czułem jego cuchnący oddech na twarzy. W jego oczach płonęła wściekłość. Nagle zmienił się. Wybałuszył oczy, usta wykrzywił mu grymas. Złapał mnie za nadgarstek.
- Masz to chłoptasiu,a? Masz adam! Daj mi go! DAJ, KURWA!
Cholera. Zrobiłem to. Przerwałem sonatę.
- Wal się - odpowiedziałem.
- Ty skurwysynu! Zabiję cię! ZABIJĘ!
Wiek: 20 Dołączył: 25 Maj 2008 Posty: 1097 Piwa: 29/15 Skąd: czy z kąd?
Wysłany: 2010-01-07, 21:09
Jak na razie panowie, książka jest świetna, ale czy każdą wypowiedz musicie umieszczać w Spoilerze?
_________________ Hey! What's that's look? You don't like it do you? I don't need to by judged by YOU! By ANYONE! Screw you! Screw all you fucking doubster!
Wiek: 20 Dołączył: 25 Maj 2008 Posty: 1097 Piwa: 29/15 Skąd: czy z kąd?
Wysłany: 2010-01-07, 21:41
No dobra, ale oznaczenie Spoiler nie do tego służy!
_________________ Hey! What's that's look? You don't like it do you? I don't need to by judged by YOU! By ANYONE! Screw you! Screw all you fucking doubster!
No i co z tego? Służy do ukrycia czegoś, a głupio, żeby ktoś kto nie czytał książki znał opinie "pisarzy" dot. bieżącej fabuły. Więc spoiler jak najbardziej. Poza tym od razu widać, gdzie jest powieść a gdzie komentarze.
_________________
Cytat:
Dlaczego ja?! Pam, pam, tralalala!
Cytat:
Brute Splicery, czyli potężnych jak jednorożce, napchanych ADAMEM do granic możliwości splicerów
Wiek: 20 Dołączył: 25 Maj 2008 Posty: 1097 Piwa: 29/15 Skąd: czy z kąd?
Wysłany: 2010-01-07, 21:50
Kiedyś nie było oznaczenia spoiler, w książce były komentarze i nikomu to nie przeszkadzało!
_________________ Hey! What's that's look? You don't like it do you? I don't need to by judged by YOU! By ANYONE! Screw you! Screw all you fucking doubster!
W ręku nieznajomego zabłysnął klucz francuski. Mężczyzna rzucił się na mnie, uderzając jednocześnie prowizoryczną bronią.
Odskoczyłem na bok, rzucając futerał na ziemię. Mój przeciwnik wytracił równowagę, zachwiał się. Odwrócił się jednak szybko i wyprowadził kolejny atak.
Tym razem również byłem szybszy. Złapałem go za rękę, w której dzierżył klucz, a następnie kopnąłem go w brzuch. Mężczyzna skulił się na podłodze.
Podbiegłem do porzuconego wcześniej futerału. Otworzyłem go czym prędzej. Wyciągnąłem karabin.
- Przesadziłeś, szujo! - usłyszałem kolejne wypowiedziane przez niego zdanie. Ostatnie zdanie.
Nieznajomy podniósł się i odwrócił w moją stronę. Lufa karabinu wycelowana w jego poznaczoną bliznami twarz była ostatnią rzeczą, jaką zobaczył.
Huk wystrzału wypełnił pomieszczenie, lecz ja go nie słyszałem. W moich uszach rozbrzmiewała słodka sonata. Nie znałem jej do tej pory. Tak sądzę...
Łuski jedna po drugiej upadały na podłogę.
Przestałem strzelać. Ucichła również muzyka.
Podszedłem do leżącego ciała. Przykucnąłem.
Twarz tego mężczyzny była jeszcze bardziej zniszczona. Przypomniały mi się jego słowa. " Sam nie lepiej wyglądasz"... Szybko jednak przestałem o tym myśleć.
Nachyliłem się, aby przeszukać jego ciało. Przypadkowo spojrzałem w kałużę, która utworzyła się nieopodal. Zobaczyłem swoje odbicie.
- Nie! - krzyknąłem.
Nieznajomy miał rację. Wyglądałem jak on.
Cisza... Przechadzałem się po Forcie Frolic jak zombie. Bez duszy, bez wiedzy kim jestem. Czułem się jak ktoś całkiem mi obcy... Tak. Muzyka straciła dla mnie sens jak i zadanie Cohena. Jedyny powód dla którego chciałem je wypełnić było to, że jakoś trzeba się wydostać z tego miasta. Tylko kto zechce takiego dziwoląga jak ja? Nikt i w tym właśnie jest problem...
Uderzyła mnie fala zimna. Drzwi otworzyły się, a ja wszedłem do zamarzniętego tunelu. Dopiero po chwili zauważyłem, że stoję w wodzie. Przejście powoli zapełniało się wodą. Zauważyłem pękniętą rurę - sprawczynię tego zamieszania. Dodatkowo ten brak ogrzewania... W całym tym korytarzu stały zamarznięte postacie. Zamiast gipsu - lód. I te ich zimne spojrzenia... Przysunąłem się bliżej do jednego z nich. Ponownie zobaczyłem odbicie swojej twarzy. Ohydnej twarzy, zmasakrowanej. Tak. Teraz wiedziałem. Wiedziałem czemu wszyscy noszą te maski karnawałowe. Wstydzili się... Wstydzili się tego jak wyglądali. Oni wciąż pamiętają i płaczą, bo wiedzą, że od ADAMA nie ma ucieczki. To jak najgroźniejszy narkotyk, który nie zabija ciała, ale niszczy umysł. Wyżera go kawałek po kawałku, komórka nerwowa po komórce. Czy to oznacza, że kiedyś także polowałem na tę substancję? Jeśli tak, to chyba przesadziłem. Zauważyłem pływające, niezamarznięte zwłoki. Zbliżyłem się do zabitego chłopaka i zobaczyłem plakietkę na jego marynarce: Martin Finnegan. Nazwisko jego brzmiało mi znajomo. Tak. Tak jak wierszyk:
"Martin Finnegan, zamrożony na wieki
zamknął swoje powieki."
Tak... Przy jego ciele znalazłem butelkę z plazmidem i strzykawkę. "Zimowe uderzenie" w zamarzniętym tunelu. Nic nadzwyczajnego. Przelałem substancję do instrumentu medycznego i wbiłem sobie w żyłę. Poczułem palący ból, ale to ustało po chwili. Teraz mogłem zamrozić każdego, kto mi się sprzeciwi. Ruszyłem przed siebie, w kierunku Placu Posejdona.
Drzwi się otworzyły i wyszedłem. Z głośników dobiegały jakieś smętne kawałki. Zwykła komercja i tworzenie dla mas. "Och, kochanie znów cię opuściłem, ale nie martw się wrócę po ciebie!" Zwykłe gówno. Nie wiem czemu wszyscy się nad tym rozczulają. Kompletna tandeta. Na szczęście ja i ten artysta mamy odrobinę gustu... Ruszyłem wolnym krokiem. Spojrzałem się przed siebie. Niedaleko schodów znajdowała się zniszczona fontanna, mająca dwa piętra. Zniszczyła kawałek ściany i podłogi. Marmurowa posadzka stała się śliska. Oczywiście, nie ma kto jak naprawić tego przecieku. Pomyśleć tylko, że Rapture było kiedyś miejscem idealnym. Do czasu...
Wszedłem na schody, zniszczone do połowy, co utrudniało mi przejście wyżej, gdzie znajdowało się "Rapture Records". Musiałem więc skoczyć. Na szczęście noga nie poślizgnęła się i mogłem iść dalej. Czuć było przepych i zniszczenie zarazem. Gdyby nie te czasy poszedłbym coś kupić. Niestety, ludzka zachłanność wszystko spieprzyła. A to wszystko wina tego skurwiela Ryana i tego pieprzonego szmuglera. Zachciało im się władzy. Na szczęście nie żyją. No i świetnie. Ciekawi mnie tylko jedna rzecz - kto obejmie władzę w tym zrujnowanym mieście, gdzie jedynymi mieszkańcami są zmutowane istoty? Istoty pochłonięte żądzą zdobycia ADAMA. To smutne. Piękna idea podwodnego miasta, zniszczona przez ludzką zachłanność.
Stanąłem obok zawalonego wejścia do Rapture Records. No tak... Zawalone znaczy zawalone i prawdę mówiąc nie dało się w żaden sposób zabrać tego gruzu. Jego tak jakby przybywało więcej niż ja zdążyłem zabrać. Ok... Dobra... Jeśli nie mogę tam wejść drzwiami wejściowymi to pójdę do "Skarbu Faraona" i rozpierdolę ścianę! Tak kurwa! Nikt mi w tym nie przeszkodzi! Wyjąłem broń, zdecydowanym krokiem ruszyłem pod "Pharaoh's Fortune", które znajdowało się obok. Te małe kasyno stanowiło konkurencję dla "Sir Prize". Trzeba jednak przyznać, że te pierwsze miało więcej jedzenia i miłą obsługę... Zaraz... Skąd ja to wiem? Usłyszałem głos Cohena:
- Moja mała ćmo. Jesteś wirtuozem zbrodni. Tańczysz tango ze śmiercią, przewracając resztę tańczących, tak. Pierwsza para - to wy. Widzisz mój uczniu. Wystarczy że zamkniesz oczy, pomyślisz o tym miejscu, a gdy tam wejdziesz, ujrzysz je. Ujrzysz je w takim stanie w jakim było przed zamieszkami. Pamiętaj jednak... Powrót do rzeczywistości może być rozczarowujący.
Zamknąłem oczy. Serce chciało wyskoczyć z mojej klatki piersiowej. Słyszałem tylko jego bicie. Wyobraziłem sobie logo tego miejsca. Otworzyłem oczy i... muzyka! Skoczna muzyka dobiegała zza drzwi. Śmiechy ludzi, odgłosy rozpaczy mężczyzn, którzy stracili całą swoją miesięczną pensję. Nieśmiało zajrzałem do środka. Ten artysta miał rację. Rapture znowu ożyło. Nawet jeśli to była tylko moja wyobraźnia lub wspomnienia, miło było ujrzeć to miasto znów żyjące, pełne ludzi nie owładniętych aż tak bardzo żądzą ADAMA. Po chwili podeszła do mnie młoda dziewczyna z lekko zniszczoną twarzą:
- Witaj. Pierwszy raz widzę kogoś tak przystojnego jak ty. Jestem Diane McClintock, a ty?
- Ja... Ja... Ja jestem... Martin... Martin Tock! - powiedziałem pierwsze co przyszło mi do głowy.
- Miło mi. Chcesz się czegoś napić? Jest tutaj barek, dlatego wolę to miejsce od "Sir Prize". Tam grają same snoby... Takie jak... jak...
- ...jak Andrew Ryan? - szepnąłem, aby nikomu się nie narazić.
- Tak. Widzisz... Moja twarz jest zniszczona i to jego wina. Przez jego wojnę z Atlasem wybuchły zamieszki i...Nieważne! Cieszmy się. Dzisiaj do wygrania jest aż tysiąc ADAMA! Ale hej! Nie wyglądasz na specjalnie uradowanego z tej wiadomości. Coś się stało?
- Nie, nic. Ja tylko... Ach! Moja głowa... - krzyknąłem cicho i zobaczyłem jej rozpływającą się twarz. Ludzie i całe to kasyno zaczynało znikać i robić się coraz ciemniejsze. Zamknąłem oczy i po chwili otworzyłem. Całą tę atmosferę, tych mieszkańców i Diane szlag trafił! Widziałem jedynie zniszczone, płonące automaty, poprzewracane stołki barowe, i stłuczone butelki z wódką. Blat, na którym barman stawia piwo i inne rzeczy zamówione przez klientów był zalany krwią. Ciekawy zajrzałem za ladę. Znalazł się barman. Z odciętą głową, rozczłonkowany. Zebrało mi się na wymioty, kiedy usłyszałem pieśń. Cudowne nuty. Majestatyczna melodia.
- TAK! TO MOJE REQUIEM! Idź do Rapture Records, idź! - Cohen zaczął wrzeszczeć przez radio. Zrobiłem kilka kroków na przód i zobaczyłem wyrwę w ścianie. Nie musiałem nawet niczego rozwalać. Kucnąłem, przeszedłem. To miejsce nie wyglądało mi za ciekawie. Fragment dachu został zniszczony, wszędzie walał się popiół i kamienie, ale to się nie liczyło. Jedna ze ścian miała zagłębienie. W zagłębieniu stał fortepian. Podszedłem do niego i ujrzałem zakurzone klawisze. Pośpiesznie wytarłem je swoim ubraniem. Najważniejsza była troska o ten dar bogów.
- Och, Apollinie! - krzyknąłem, a mój głos jak echo odbijał się od kamiennych ścian. - Dziękuję ci za ten cudowny prezent dla ludzkości!
Spojrzałem się na kratki papieru z Requiem i usiadłem na taborecie. Nic mnie nie interesowało. Jedyne co chciałem to zagrać to i wsłuchać się w dźwięki tego instrumentu...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum