Ocena:
Głosów: 28
2010-02-26 19:44Głosów: 28
Ojciec, nie Tatuś
Autor: tumi1
Ojciec, nie Tatuś
"Bez bogów i królów. Tylko człowiek"
~Andrew Ryan
Atlantyk, 1962
"Stałem na końcu długiego korytarza. Teraz nie potrafię oddać uczuć, które mną wtedy targały, cholera, nawet nie pamiętam, czy coś w ogóle czułem. Jedyne, co mogę powiedzieć, to fakt, że ów korytarz budził niesamowitą grozę. Ciężko to opisać, powinniście to zobaczyć na własne oczy. Był prymitywny i pełen majestatu zarazem. Prosty, ale skomplikowany. Oświetlony, ale jakby pogrążony w mroku. Nie potasfcs
- Jasna cholera – zaklął Benjamin Mayers, odsuwając się szybko od przymocowanego do ściany pokładowej biurka. Spojrzał ze złością na wywrócony kałamarz, z którego właśnie wylewał się atrament, i rzucił pod jego adresem kilka wymyślnych wyzwisk. – Co się tam u nich na górze dzieje?
Wyjrzał przez jedyny w jego kajucie iluminator, tylko po to, by ujrzeć ciężkie chmury wiszące nisko nad powierzchnią wody oraz fale, napierające wściekle na statek, którym płynęli. Pokręcił głową z niedowierzaniem i ruszył do wyjścia na pokład.
Na zewnątrz nie było wcale lepiej – wiało, a wszystko wskazywało również na to, iż wkrótce miał spaść deszcz. Świetnie, jeszcze tego potrzebowali!
- Michael, co się dzieje!? – Zawył Mayers, starając się przekrzyczeć wiatr. Ruszył w kierunku mężczyzny uwijającego się przy olinowaniu. – Sztorm?
- Mam nadzieję, że przejdzie bokiem! Bo jeśli nie, to będziemy po uszy w gównie! – odpowiedział krzykiem Michael Bat, mocując się z liną. – Niech to szlag trafi, Ben, pomóż mi z tym badziewiem!
- Co mam niby zrobić!? Przecież się nie znam na tym!
- To znajdź kogoś, kto się zna! Jezu, tylko szybko!
Ben odwrócił się i rozejrzał rozpaczliwie po pokładzie. Boże, że też musieli wypożyczyć ten cholerny żaglowiec, zamiast normalnego kutra. Wszyscy teraz byli zajęci, każdy miał ręce pełne roboty i tylko on, pisarz od siedmiu boleści, nie był w stanie im pomóc. I pomyśleć, że to właśnie jego wina! Bo to przecież on uparł się dokonać czegoś niemożliwego – odnaleźć jednej, jedynej osoby na środku Atlantyku. W dodatku dziecka.
Samantha Mayers, lat siedem.
Wypłynęła w rejs ze swoimi dziadkami. Owszem, Ben nigdy nie przepadał za rodzicami jego zmarłej tragicznie żony, ale kiedy dowiedział się, że okręt uderzył w górę lodową i poszedł w ślady "Titanica" odczuł dziwną pustkę. Nie pożegnał się z teściami. Nie pogodził...Cholera, tamte wszystkie kłótnie wydały mu się wtedy tak mało ważne. Jednak mało co nie zwariował, gdy dowiedział się, że również jego córeczka zaginęła. I może nawet popełniłby samobójstwo, gdyby nie jeden fakt.
Odebrano sygnał radiowy. Krótki, ale wyrazisty.
"Część osób ocalała. Dopłynęliśmy do olbrzymiej latarni, chociaż nie, to w sumie wieża. Jest tutaj jakaś dziwaczna łódź podwodna. Jest nas łącznie około piętnastu osób, w tym jedno dziecko. Ocean Atlantycki, nie potrafię jednak określić . Pomocy"
Od tego zaczęła się jego krucjata.
Wynajął załogę. Raczej całkiem dobrą i chyba doświadczoną, bo kazali sobie płacić sporą sumę. Na szczęście dla niego to nie był duży kłopot, bowiem jego ostatnia książka, "Zima", okazała się światowym bestsellerem i przyniosła mu pokaźną sumkę.
O nędzna mamono! Jaką małą wartość miałaś tu, na wielkiej wodzie!
Potknął się, gdy okręt mocniej się przechylił. Upadł boleśnie na deski i zaczął zjeżdżać w kierunku burty. Zaklął i w dosłownie ostatniej chwili złapał się jakiejś liny.
Na chwilę fale wdarły się na pokład i liznęły go, jak dzikie zwierzę smakujące swoją ofiarę przed zjedzeniem. Jednak w sekundę potem znowu wycofały się pokornie, zostawiając go w spokoju.
- Ben, debilu, co ty do diabła robisz!? Wracaj pod pokład! – krzyknął Michael.
- Ale kazałeś...
- Walić to! Chowaj się!
- Okej! – odwrócił się i zaczął biec w kierunku małych, drewnianych drzwiczek, prowadzących pod pokład. Lodowaty deszcz zaczynał nieprzyjemnie kąsać w twarz, wiatr zaś starał się przewrócić go za wszelką cenę.
I udało mu się.
- Lecę! – wrzasnął Ben, czując jak nagle frunie w powietrzu. Czas nie zwolnił, jednak mężczyzna zdążył zobaczyć wiele rzeczy naraz – a to jakiś majtek zaczął biec w jego kierunku, a to Bat coś wołał. Gdzieś wysoko nad nimi pierwsza błyskawica rozcięła niebo.
Chlup!
Stalowoszara powierzchnia wody zamknęła się nad nim, w jednej chwili odcinając go od tlenu i ciepła. Niemal natychmiast skórę zaczęła drażnić lodowata woda.
Machnął rozpaczliwie ręką.
Znowu.
Znowu..
Znowu....
Jeszcze raz...walcz...
Cholera...
...Jasna....
WALCZ!
Cudem udało mu się wypłynąć, co jednak nie zmieniło jego paskudnego położenia. Zaczął się rozglądać za łodzią, ta jednak jakimś cudem znalazła się dobrych paręnaście metrów od niego. I ciągle się oddalała.
Jakby na złość, fale pchały go w przeciwnym kierunku. Pewnie, walczył, młócił wodę rękoma, ale efekt był żaden. Co gorsza jeszcze bardziej się zmęczył. Rozejrzał się rozpaczliwie. Początkowo wydawało się, że nie ma tu nic, oprócz oddalającej się stale łodzi oraz fal, potem zaś zobaczył Ją po raz pierwszy.
Aż dziw, że nie zauważyli Jej wcześniej. Olbrzymia, kolosalnych rozmiarów, zdawała się sięgać samego nieba. Na jej szczycie jarzyło się potężne światło, wlewające otuchę w wątpiące serce, ogrzewające zmarznięte ciało. Ciężko powiedzieć, z czego była zbudowana, na pewno miała ciemną barwę, a kształtem przypominała samotną skałę albo klif.
Wieża.
Spojrzał na maleńki zarys łodzi, rysujący się już hen daleko. Prawdopodobnie zaraz zniknie, zasłonięty ścianą wody, która zaczęła właśnie wylewać się ze zgromadzonych chmur. Niebo wyrzucało z siebie wszystkie swoje żale? Cholera, to całkiem możliwe.
Poddał się prądowi, który zaczynał przybliżać go do tajemniczej konstrukcji. Miał bardzo mało czasu, jeszcze chwila i wyziębi swój organizm do tego stopnia, że nie będzie mógł normalnie funkcjonować. Haha, czas ucieka, wieczność czeka! Bosko, tylko że jemu się nigdzie nie spieszyło. Coś kazało mu spojrzeć na zegarek, ale okazało się, że wskazówki stanęły w miejscu.
Chlup!
Jezu, ta pieprzona woda! Znowu wdarła mu się do ust! Spojrzał ponownie na wieżę i uśmiechnął się w myślach. Jeszcze trochę, jeszcze chwilę...Schody były już tak blisko! Żeby tylko nim nie rzuciło za mocno o brzeg!
Pobożne życzenie, oczywiście przywalił z całej siły. Pociemniało mu przed oczyma. Ręka namacała jakiś materiał. Granit? Marmur? Ani jedno ani drugie? Zaczął się wspinać po kolejnych stopniach. W głowie mu huczało. Wiatr wył. Kolejny stopień. Błyskawica akompaniuje grzmotowi. Jeszcze jeden...fala rozbija się o skałę! Jakaś mewa odlatuje spłoszona jego obecnością, gdy próbuje raczkować. Jeszcze troszeczkę...Ben, dasz radę. Dla małej Sammy. No już. Za tatusia. Za mamusię. Ben, nie daj się! Grzmot zdaje się wstrząsać całą wieżą. Wstał! Brawo! Oklaski, proszę państwa!. Zaczyna iść, kuli się, ale jednak idzie! Moi drodzy, dzisiaj ten zawodnik jest nie do zatrzymania! Czy utrzyma formę i dojdzie do mety jako pierwszy!? Tak, proszę państwa, dał radę!
Stanął przed olbrzymimi wrotami.
Objął się i przestąpił z nogi na nogę. Jakoś poczuł się nagle tak...niepewnie. Co teraz miał zrobić? Jaki był jego cel? Ruszył do przodu i potknął się o coś. Spojrzał na dół.
Wiosło.
Ale skąd ono się tu...
Czerwona lampka zapaliła się w jego głowie. Bingo! Więc to tutaj się schronili? Cudownie! Znalazł ją! Jego córeczka, jego nagroda czeka już za tymi drzwiami! Spojrzał na zachmurzone niebo i roześmiał się. O tak, Bóg już mu dzisiaj wystarczająco pomógł. Ale teraz on, pisarz i prawdziwy twórca, weźmie sprawy w swoje ręce. Wyjął z kieszeni krucyfiks, do którego zawsze się modlił. Obejrzał tę małą rzecz, tę małą, żałosną tandetę, o której myślał, że jest mu naprawdę potrzebna. - - Dziękuję za skorzystanie z naszych usług, życzymy przyjemnej podróży...Lotem bliżej! – krzyknął i cisnął krzyżyk w ciemną toń. Patrzył za nim chwilę, czując, jak z serca urywa się pewien ciężar. Potem odwrócił się i pchnął wrota.
W środku było ciemno, a w dodatku po paru jego krokach drzwi za nim zamknęły się. O ile wcześniej wyrzucił parę kilo z serca, teraz miał parę kilo w spodniach. Świetnie.
I wtedy stała się światłość. Olbrzymie reflektory początkowo oślepiły go, potem jednak zobaczył olbrzymi posąg mężczyzny, trzymającego transparent głoszący:
- Kurwa...- wyrwało mu się z ust.
Ojciec, nie tatuś
II
"Ty który wchodzisz - żegnaj się z nadzieją"
~ Dante Alighieri "Boska Komedia"
"Pamiętacie początek "Boskiej Komedii"? Ja pamiętam i chyba całkiem nieźle. A może nie pamiętam?
Boże, zresztą czym ja się przejmuję? I tak jestem tu sam, więc nikt mnie nie poprawi. Dobra, mniejsza z tym. W każdym razie Dante pisał, że znalazł się pośród ciemnego lasu. Coś też wspomniał o rozstaju dróg, ale za to głowy nie dam. Pogrążona w mroku puszcza miała symbolizować jego zagubienie, rozstaje dróg zaś wiek. Potem objawił mu się Wergiliusz i wprowadził do piekła, rozpoczynając poszukiwania ukochanej Dantego - Beatrycze.
Dlaczego to piszę? Dlaczego piszę znajdując się w tym miejscu? I przede wszystkim - dlaczego piszę? Nie wiem. Nie chcę tego mówić, ale jednocześnie coś wewnątrz mnie każe mi krzyczeć i chwalić się na prawo i lewo: "Patrzcie! Jestem sławnym pisarzem! Podziwiajcie moje wielkie dzieła!"
Chyba wariuję
Umieram z głodu, z każdą kolejną godziną słabnę. Nie wiem co dalej ze mną będzie. Jeśli ktoś kiedyś znajdzie ten zapisek niech wie, że i ja miałem swoją Beatrycze. Nie była jednak kobietą. Była moją córką.
Kocham Cię Sammy.
Twój tatuś"
Pożółkła ze starości kartka odczepiła się od ściany i opadła na wilgotną posadzkę. W chwilę potem nasiąkła wodą i atrament rozmazał się.
....
Benjamin Mayers otworzył oczy, mając nadzieję, że obudzi się w swoim łóżku. Niestety, najwyraźniej w tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu cuda nie zdarzały się na co dzień. A więc teraz będzie musiał się męczyć przez kolejne godziny.
Odkąd dotarł do tej dziwacznej wieży, przeszukał całą budowlę wzdłuż i wszerz. Okazało się, że ogromna konstrukcja kryje zaledwie dwa niewielkie pomieszczenia - swego rodzaju przedsionek z olbrzymim pomnikiem Andrewa Ryana oraz miniaturową przystań z jedną batysferą. Mężczyzna bał się jednak do niej wsiąść, bowiem nie należał do tej grupy idiotów, którzy wchodzą gdzie popadnie. I do tego jeszcze w takim miejscu...
Koniec końców zaczął wykańczać go głód i nic nie mógł na to poradzić.
- Ładnie to wymyśliłeś, skurwysynu. - rzucił w kierunku pomnika. - Zamierzasz mnie tu wykończyć jak psa, co?
- "Bez bogów i królów. Tylko człowiek"
- Weź nie pierdol już, bo rzygam twoim hasłem. Mam mdłości na sam widok tej czerwieni. A wiesz, tak przy okazji, z kim mi się to kojarzy? No wiesz?
- "...i królów. Tylko człowiek"
- Ze Związkiem Radzieckim. O tak, tyle ci powiem, komuchu! Zapewne masz jakiś inny pomysł na życie co? A wiesz, jaki ustrój jest u nas, w Stanach? Hę?
- "...Tylko człowiek"
Już miał coś odpowiedzieć, ale zrezygnował. Po plecach przebiegł mu zimny dreszcz. Gadał do pomnika? Co się z nim działo?! Wstał i cofnął się pod ścianę. Wskazał na posąg palcem.
- Milcz!
- "Bez Bogów..."
Nie, nie mógł wytrzymać. Mayers odepchnął się od ściany i puścił biegiem w kierunku batysfery. Już wsiądzie do tego cholerstwa, byle tylko dalej od tego przeklętego pomnika!
Zbiegł po schodach. Coś go goniło. Słyszał to, czuł oddech na swoich plecach. Odwrócił się, ale nikogo nie zobaczył.
Wpadł do przystani i z rozpędu wskoczył do maszyny. Niewiele myśląc, pociągnął za wajchę.
Drzwi zamknęły się za jego plecami.
Spojrzał przez ramię. Widział teraz oświetlone schody, prowadzące do góry. Po chwili jednak znikły mu z widoku, gdy łódź zanurzyła się pod wodę.
Patrzył jak urzeczony na kolejne cyfry wyłaniające się z odmętów toni.
5 sążni.
10 sążni.
20 sążni.
Nagle iluminator zamienił się w ekran. Światło wewnątrz przygasło, poprawiając jakość obrazu. Pojawiła się fotografia mężczyzny, a po chwil z pobliskiego głośnika usłyszał głos:
- Jestem Andrew Ryan i mam do ciebie pytanie. Czy człowiek ma prawo do owoców swego trudu?
- Znam go! - uświadomił sobie Mayers. - To przecież... To on...
Fotografia znikła, w jej miejsce pojawiła się inna, tym razem przedstawiająca biały dom.
- Nie, mówi Waszyngton, one należą do biednych. Nie, mówi Watykan, one należą do Boga. I nie, mówi Moskwa, one należą do wszystkich.
Czy tylko mu się zdawało, czy w głosie mężczyzn dało się wyczuć zgorzknienie? Trudno to ocenić, ponieważ po chwili Ryan zmienił ton na dumny:
- Odrzuciłem te wyjaśnienia. Wybrałem inne. Wybrałem niemożliwe. Wybrałem...Rapture. Miasto w którym artysta nie musi obawiać się cenzora. Naukowiec nie jest spętany przez moralność. Wielkich nie ograniczają maluczcy!
Po tych słowach ekran znikł, ukazując ponownie dno oceanu. Tym razem batysfera sunęła niebezpiecznie nisko nad dnem, muskając glony i rafy, grożąc uderzeniem w każdej chwili. Tak się jednak nie stało, albowiem skały rozsunęły się, ukazując niesamowity widok.
Wtedy ujrzał ją po raz pierwszy - ukrytą głęboko pod powierzchnią oceanu, rozświetloną blaskiem kolorowych neonów i mieniącą się szklanymi tunelami, arkadię połączoną siecią szklanych tunelów, łączących budynki. Serce zabiło żywiej w jego piersiach. Czy możliwe, że to właśnie tam skryła się jego córeczka? Czy znalazła schronienie u mieszkańców tej Atlantydy, którzy opiekowali się nią? Może właśnie podawali jej ciepły posiłek?
- Och, Sammy - mężczyzna oparł się czołem o grubą szybę. Westchnął widząc wieloryba wypływającego z pomiędzy podwodnych bloków mieszkalnych. Boże, skąd tu się wzięło miasto? Kto je wybudował?
Coś stuknęło o szybę wizjera.
Mały, metalowy krzyżyk.
Zaskoczyło go, że rzecz, którą wyrzucił tak dawno temu, dopiero teraz docierała do dna oceanicznego. Z drugiej strony może to wcale nie było dziwne? Cholera wie, teraz nie to było najważniejsze.
Głos w radiu zniekształcił się i zanikł. Batysfera płynęła cicho w kierunku wrót miasta. Widział je już całkiem wyraźnie. Olbrzymie wejście otaczały neony, a sami przyznacie, że ciężko coś takiego przeoczyć.
W końcu łódź wpłynęła do doku i jęła się wynurzać.
Gdy tylko batysfera wyskoczyła na powierzchnię wody, wewnątrz niej włączyło się światło. Rozległ się odgłos podobny do spuszczanego powietrza i w jednym momencie wszystko uspokoiło się.
Co miał teraz zrobić? Wyjść?
Zapukał ostrożnie w iluminator, nic się jednak nie stało. Chwilę zajęło mu zrozumienie, że może się uwolnić z pomocą tamtej pordzewiałej wajchy. Wystarczy tylko ją pociągnąć.
Pociągnął i została mu w rękach. Bosko.
W sumie może to nawet lepiej?
Wyszedł na zewnątrz, trzymając w ręku prowizoryczną broń. Nie spodziewał się ataku, jednak coś zaczynało mu tu nie grać. Gdzie gwar miasta? Gdzie światła? Gdzie muzyka?
Czy ktoś tu w ogóle żył?
Rozejrzał się nieufnie. Niby nic go nie zaatakowało, więc czemu...
- Hej, ty! - usłyszał nagle i spojrzał spłoszony w kierunku z którego dochodził głos. - Masz trochę towaru?
Ujrzał mężczyznę idącego w jego kierunku. Był pochylony, miał koślawy krok. Ubranie, które miał na sobie było po prostu obleśne, jednak w tym wszystkim Mayersowi najbardziej nie podobał się pistolet który trzymał tamten w ręku.
- Nie, nie mam...Ale jeśli mogę jakoś pomóc... Przepraszam szukam...
- CZY MASZ KURWA PIERDOLONA TWOJA MAĆ TOWAR!?
- Nie, Boże, nie mam, ale...
- DAWAJ SZAJBUSIE TOWAR! - zawył obcy, podnosząc broń. Był już niebezpiecznie blisko.
- Na Boga, nie mam nic, nawet pieniędzy! Błagam, ja nic nie zrobiłem! - krzyknął Ben, zaciskając mocniej palce na swojej "broni".
- KURWA TOWAR KURWA TOWAR, TOWAR, TOWAR, TOWAR! DAWAJ!
Musiał działać szybko.
Kiedy ten świr zbliżył się do niego na odpowiednią odległość, Mayers zamachnął się wajchą. Miał nadzieję, że zaskoczy świra, ale przeliczył się. Typ odskoczył i wypalił z pistoletu. Huk był po prostu niewyobrażalny, jednak jakimś cudem pocisk poleciał w kierunku sufitu.
- Na Boga, niech pan przestanie - zawył Mayers, cofając się.
- DAWAJ TOWAR!
Gdy napastnik podnosił pistolet, Ben zamachnął się i cisnął w niego wajchę. Ta przecięła powietrze ze świstem i ugodziła świra w twarz. Rozległ się okropny trzask, po czym człowiek przed nim upadł na posadzkę.
Nastało milczenie. Ściany miasta patrzyły na nich obojętnie.
- Proszę pana? - mężczyzna musiał zebrać wszystkie swoje siły, aby zbliżyć się do leżącego ciała. - Czy pan mnie słyszy? Hej!
Ben uklęknął nad swoim niedawnym przeciwnikiem i ujrzał jego twarz. Była potworna, zmasakrowana. Rysy zniekształciła jakaś okropna siła, jedno oko miało siną barwę. Niepodobnym opisać jak bardzo przerażał ten widok. Mayers cofnął się gwałtownie, ręką zasłonił usta. Miał szczęście w nieszczęściu. Pusty żołądek nie miał czego zwracać.
W co on się władował?
Spojrzał ponuro na leżące opodal zwłoki. Co go pchnęło, żeby go zabić? Owszem, uważał się za osobę lepszą od wielu innych. Był sławnym pisarzem. Zarabiał pieniądze, o jakich wielu ludzi mogło tylko śnić. Jednak każdy sen, nawet ten najpiękniejszy, zbyt długo śniony zmienia się w koszmar.
A z tego budzimy się z krzykiem.
- A...a...
Mężczyzna zerwał się na równe nogi i spojrzał w kierunku, z którego dobiegał głos. To ten zmutowany potwór znowu zaczął się ruszać. Rozprostowywał, to zaciskał na czymś dłonie.
Pisarz podszedł do niego z wyrazem chorego zainteresowania. Przyglądał się ciału jak dziecko przygląda się martwej wronie. Co on tam tak trzymał? Schylił się i, walcząc z obrzydzeniem, otworzył pięść świra. No tak, pistolet. Zabrał, bo mógł mu się potem przydać. A w drugiej? Jakaś dziwna mała ampułka... Nie, zaraz. To strzykawka.
Uniósł ją na wysokość oczu. Co to znowu było za cholerstwo? Jakaś niebieska ciecz. Ale jak ona pięknie się świeciła! Wytwarzała łagodną aurę, obiecywała spokój i harmonię... Weź ją...
(NIE)
No weź. Nikt nie patrzy.
(NIE!)
Wbij...
(NIE RÓB TEGO!)
Ben, jakby od niechcenia przyłożył ostrze strzykawki do żyły.
A potem ją wbił głęboko.
Na początku nie działo się nic szczególnego. Ot, wstrzyknął sobie trochę wody. Potem jakby lód ściął jego żyły. Krew zamieniła się w lodowaty potok. I ból, niesamowity ból! Okropny, ale wspaniały! Wyzwalał z oków człowieczeństwa! Bosko! Wspaniale! Jest władcą świata! Wszechmateri! Hura!
(NIE!)
Jakaś resztka świadomości kazała mu wyrwać igłę. Zrobił to. Niemal natychmiast zaczął spadać w mrok. Ostatnią rzeczą jaką ujrzał, był lód pokrywający jego lewicę...
Och, Sammy...
# komentarzy:[35]


















